Nieee, wcale się nie bałam…

Stranger Things to kolejna perełka Netflixa (zaraz po House of Cards czy Narcos). Parę miesięcy temu wszyscy się ekscytowali tym serialem, a ja cierpliwie czekałam aż hype (uwielbienie) przycichnie, żebym mogła na spokojnie zapomnieć o wszystkich spoilerach.

„Stranger Things” to serial, który opowiada o chłopcach i ich rodzicach walczących z kosmitami. Po drodze dołącza do nich superbohaterka i wszyscy razem mają za zadanie pozbyć się Ufoka. Trzonem powieści jest przyjaźń pomiędzy 10-letnimi chłopcami i miłość wśród nastolatków. To, co widzowie lubią najbardziej: akcja, intryga, stacja badawcza, tajemnica, pocałunki, desperacja jest podawane bez przesady, w dosyć naturalnej fabule (o ile to coś normalnego sprowadzić kosmitę i walczyć z nim przy pomocy dzieci). Historia rozwija się dosyć powoli, jednak w każdym odcinku odkrywamy coś nowego i to coś właśnie utrzymuje nas przy tym serialu. Klimat lat 80tych też dodaje swojego uroku i sentymentu, dla tych, którzy żyli w tych czasach.

Podsumowując:

Zalety:

  • Wartka akcja,
  • Autentyczne uczucia towarzyszące bohaterom, w które łatwo się wczuć, lub łatwo je zrozumieć,
  • Niezbyt skomplikowana fabuła,
  • Klimat,
  • Lekkość, z jaką historia się toczy,
  • Podkład muzyczny,
  • Ciekawe zakończenie, sugerujące ciąg dalszy (oby tak dobry jak pierwsza część!).

Wady:

  • Parę wkurzających postaci,
  • Brak wyjaśnienia skąd wziął się kosmita i dlaczego to dzieci muszą z nim walczyć,
  • Trochę naciągane: dobro wygrywa ponad wszystko,
  • Kilka wątków doklejanych, by utrzymać 50 minut odcinka,
  • Niedokończony jeden wątek, zupełnie pominięty? Zapomniany?

Moja ocena: 7/10

PS. Mój Kamil nie ogląda seriali. „Grę o Tron” uważa za totalną głupotę i marnotrawstwo czasu i energii oraz niską rozrywkę. Obejrzał „Stranger Things”, ocenił, że „głupota, ale fajna całkiem” 😉