Yaaas! Druga część świetnej książki! Zaraz, czekaj. Nie! Stój, przestań!

Coś się stało dla Stephena. Albo chciał za mocno stworzyć nową książkę, by mieć więcej kasy. Albo stracił wenę. Albo był nie w humorze. Nie wiem, ale takiego rozczarowania to już dawno nie miałam. Nawet przy „Doktorze Sen” bardziej się wybawiłam (chociaż był na wskroś dziecinny).

A więc o co chodzi?

Historia toczy się wokół ukrytych rękopisów bardzo znanego pisarza. Ów autor został zamordowany właśnie dla tych nieopublikowanych książek, przestępca je ukrył, po czym został wsadzony do więzienia i czeka potulnie aż będzie mógł sobie je odkopać i poczytać przy herbacie.
Detektyw Hodges jest na tropie małych i większych przestępców (ale nie psychopatów). Ma super wspólniczkę Holly, która zamieniła się w hakera od czasu pierwszej części. Razem tworzą dream team jak z Zagadek Kryminalnych Nowego Jorku. Szczerze powiedziawszy to „Znalezione nie kradzione” bardzo kojarzy mi się z odcinkiem tego serialu.
Mamy tu ukryty skarb, ucieczkę z więzienia, morderstwa, brutalność, a na koniec główny Zły popełnia samobójstwo. Ot tak. Do fabuły King dodaje rodzeństwo (18 latek i 12 latka), które samo sobie radzi z groźnym przestępcą (pfffrp!). Dream Team (Bill i Holly) to tylko margines, pomocnicy, jakby doklejeni. Nic nie wnoszą do historii.

Czytając książkę miałam wrażenie, że ona nic nie wnosi do historii „Pana Mercedesa”. Równie dobrze mogłaby zostać wydana w postaci niezależnej historii, niepowiązanej z poprzedniczką. Cały czas starałam się znaleźć dowód, że ta powieść ma w sobie coś ukrytego, coś co mnie zwalni z nóg i sprawi, że nie będę mogła się doczekać kolejnej części („Koniec Warty”). Nic takiego się nie stało. Buu.

Mocne strony:

  • Nudnawa Holly z poprzedniej części zamieniła się w superszpiega i hakera, dzięki czemu miała swój mniej irytujący udział,
  • Pete – 18latek z typowymi problemami osiemnastolatka. Łatwo jest się wczuć w jego położenie. Jest bardzo ludzki, pewnie sama podejmowałabym podobne decyzje na jego miejscu, dlatego polubiłam go (jednak miał swoje przygłupkowate momenty – jak każdy nastolatek zresztą),
  • wartki język – King to jednak King – nawet jego najgorszy kaszalot jest napisany takim stylem, że nie można tego porzucić.

Słabe strony:

  • naiwna historia – nie ma w niej paranormalności, jednak pomimo wszystko jest na tyle głupkowata, że raczej nikt w nią nie uwierzy, już prawie nie pamiętam co tam się działo,
  • nie dorasta do pięt „Panu Mercedes”,
  • na siłę pisana – tak jakby Stephen bardzo chciał, a nie dał rady. Pewnie się zobowiązał z wydawcą i wyszła kaszanka, ale jednak wyszła,
  • dziwna incepcja – książka w książce, są fragmenty fikcyjnej powieści (nie wiem po co), totalnie nie wnoszące nic do historii. Zrozumiałam przekaz autora, że te ukradzione rękopisy to dzieło sztuki, ale nie musiał tego próbować udowadniać na siłę,
  • niektóre wątki doklejone są na siłę – powrót Jerome’a po to tylko, by przejechał się Mercedesem. Historia pobytu w więzieniu Przestępcy – czuć było w tym „Skazanych na Shawshank”.

Ocena: 4/10