W poprzednim poście opisałam zalety wyjazdu za granicę. Jednak istnieje też druga strona medalu. Po paru latach można się przyzwyczaić do pewnych niedogodności, a niektóre zupełnie zanikną.
 

 
SAMOTNOŚĆ
 
Rozstanie z rodziną jest najcięższym przeżyciem, jakie może nas spotkać. Tęsknota za domem jest najtrudniejsza do oswojenia. Można się kontaktować z rodzicami lub rodzeństwem przez Facebook’a lub Skype’a, jednak to nie jest to samo, chwilowe znieczulenie. Z czasem, gdy wejdziemy w wir problemów i obowiązków nie będziemy mieć czasu na tęsknotę.

Brak znajomych, szczególnie na początku wyjazdu, wprawia w smutek i beznadzieję. Gdy po pracy chcemy się spotkać z kimś, porozmawiać o naszych problemach (po polsku?), wtedy uzmysławiamy sobie jak dobrze jest mieć przyjaciół, gdzieś blisko.

Bardzo brakuje mi weekendowych spotkań ze znajomymi. Mam mnóstwo znajomych, Brytyjczyków. Jednak nie czuję się przy nich w pełni komfortowo, nie dam rady się otworzyć. Różnice kulturowe sprawiają, że coś, co może dla mnie być poważnym tematem do rozmowy, dla nich okaże się śmieszne.
 
POGODA
 
Może to się wydawać dosyć trywialne, jednak jestem bardzo wyczulona na pogodę. W Wielkiej Brytanii, przez 80% roku, pada deszcz, wieje wiatr, jest pochmurno i ponuro. Tutaj nie występują jako takie pory roku, ciągle jest jesień (obrazek na początku postu to 20% czasu, kiedy pojawia się słońce).
Na początku baaardzo mi to przeszkadzało. Wciąż mi przeszkadza, ale nie aż tak. Trzeba mieć parasol w pogotowiu (cały czas), kupić wiatroodporną kurtkę (wciąż takiej szukam) i po prostu starać się nie zwracać uwagi na huragan na zewnątrz. Przyzwyczajam się powolutku.
 
BRAK ZNAJOMOŚCI KULTURY, BRAK POLSKICH ZWYCZAJÓW I OBYCZAJÓW
 
Często można wpaść w pułapkę niezręczności, gdy nie zna się obyczajów czy nawet powiedzonek używanych w danym kraju. W niektórych państwach, niektóre gesty, które dla nas są niewinne (podniesiony kciuk w górę) mogą okazać się obraźliwe.
 
W Wielkiej Brytanii wszystko jest nastawione na zysk i konsumpcję. Przez to święta Bożego Narodzenia trwają 1 dzień (JEDEN DZIEŃ!). Jeżeli ktoś pracuje w usługach, dostaje 22 dni urlopu i bardzo rzadko może go wykorzystać w trakcie świąt, gdyż wtedy jest największa sprzedaż i potrzebują jak najwięcej ludzi. Nie jestem przyzwyczajona do pracowania w dni świąteczne i czuję się źle robiąc to.
Można spróbować zorganizować święta we własnym zakresie (zapraszając rodzinę do siebie), jednak nie wszystkie produkty są dostępne. W krajach zachodnich religia nie jest traktowana poważnie, przez co osoby religijne są traktowane z pewną pobłażliwością („nie jesz mięsa w piątek? ale zabawne!”). Brakuje mi polskiej kultury, tradycji. To sprawiało, że życie nie jest takie płytkie, jest chwila refleksji i czas na świętowanie.
 
BARIERA JĘZYKOWA
 
Nauczyć się słówek, rozumienia tego, co do nas się mówi w obcym języku, czytania tekstów po angielsku to bułka z masłem. Schody zaczynają się, gdy wymaga się od nas porozumiewania tymże językiem. Dla osób, których język angielski nie jest językiem ojczystym to najtrudniejszy krok na początku – ułożyć zdanie w głowie i odezwać się nim. Pamiętam jakie tortury psychiczne przeżywałam, gdy musiałam się odezwać po angielsku (jak się okazało, bez powodu, jednak lubię siebie niedoceniać)!
 
Teraz dla mnie największą zgrozą jest rozmawianie przez telefon po angielsku. Nie wiem dlaczego, ale nie dam rady porozumieć się kimś bez jakichś problemów przez słuchawkę. Zazwyczaj muszę prosić o powtórzenie czegoś po kilka razy zanim zrozumiem czego ode mnie chcą. Gdy dzwoni do mnie jakiś nieznajomy numer to nie odbieram. Po prostu. Jest to bardzo dziwne i wciąż zastanawiam się jak mogę to dopracować.
Muszę się nauczyć posługiwać językiem biznesowym, urzędowym (technicznym) oraz telefonicznym. Ah.
 
Wszystko przyjdzie z czasem.